05.04
Wszyscy twierdza zgodnie , że to było wyjście zaliczane do nie udanych …
A może po prostu musimy bardziej popracować nad tematem …
Na pewno jeszcze tu wrócimy
Wszyscy twierdza zgodnie , że to było wyjście zaliczane do nie udanych …
A może po prostu musimy bardziej popracować nad tematem …
Na pewno jeszcze tu wrócimy
Do wypadu na krokusy przemierzaliśmy się w zeszłym roku ale pogoda skutecznie nam to uniemożliwiła… później kwiatuszki zwiędły i nie było po co jechać…
Pierwszy termin w tym roku też odpuściliśmy po dokładnych analizach pogodowych … w końcu padło na piątek. Wyjeżdżamy z Krakowa 6.15 wiezieni przez Tomka (dzięki
) a pozostały skład to Rysiek, Kuba i ja – czyli mocno okrojona Małopolska Grupa fotograficzna. Samochodowym pilotem wycieki jest Rysio, który nie wiedzieć czemu każe nam rano zwiedzać Jabłonkę
a tam nawet Maca nie ma ![]()
Na parking przy Siwej Polanie docieramy na 8 by po chwili już dreptać asfaltową drogą prowadzącą w głąb Doliny. Humory dopisują głównie z powodu idealnej pogody, szafirowego nieba i słoneczka.
Mamy przed sobą ponad 7,5km odcinek drogi prowadzący na Polanę Chochołowską. Wędrówce lodowo śnieżną drogą towarzyszy prawie cały czas płynący nieopodal Potok Chochołowski.
Luźno rozmawiając w niecałe 2 h docieramy do początku polany gdzie otworzył się przed nami widok na Długi Upłaz od Grzesia po Rakoń, a z tyłu na Kominiarski Wierch.
Polana Chochołowska należy do największych w Tatrach. Mijamy pierwsze zabytkowe szałasy i zatrzymujemy się przy ścieżce wiodącej do kaplicy Św. Jana Chrzciciela.
Rozpakowujemy plecaki w poszukiwaniu kanapek i aparatów
a po krótkim postoju rzucamy się w wir fotograficznej pasji z fioletowym krokusem w roli głównej.
Pełną relację można znaleźć pod tym linkiem
Pełna mobilizacja, wczesna pobudka… skład z musu mocno okrojony.
Po ciemku wychodzimy na górę, pierwsze widoki na wschodnią stronę…cóż nie najciekawszy to widok ale wyboru nie ma… świt to zwykle kilka zmieniających się kolorów i natężeń światła – dziś było podobnie.
Na fotografowanie nie mieliśmy zbyt wiele czasu więc większość w pośpiechu… poniżej kilka naszych kadrów
zapraszam.
z cyklu nadrabiania zaległości …
Kolejne nasze wyjście na wieżę , tym razem po raz kolejny Św. Józef
Frekwencja i humory dopisały , gorzej z pogodą
niektórzy mieli mniej szczęścia tego dnia , ale już wspólnie dopilnowaliśmy aby prześladujący pech nas opuścił …
… to był jeden z ostatnich długich zimowych wieczorów
Witam
Przyszła pora nadrobić lekkie opóźnienie
Oto zdjęcia z naszego jeszcze prawie zimowego wieczornego wyjścia
Humor , zabawa , dobre towarzystwo , a przy okazji każdy jakieś zdjęcie zrobił
Zapraszam
„Jego wysokość Nepal” – taki tytuł miał artykuł, który przeczytałem jakiś czas temu w National Geographic. Kraj z najwyższymi górami świata, wobec potęgi i ogromu których pozostałe wypadają blado… myśląc więc o Nepalu to Himalaje mam przede wszystkim w głowie. Przekraczam granicę indyjsko – nepalską i od razu ciekawie rozglądam się – gdzie one są ? Przecież ponad 80 % tego kraju zajmują góry o średniej wysokości 6000 m n.p.m. ! Ale na ten widok przyjdzie mi jeszcze poczekać, najpierw odpoczywam w ogrodach Lumbini, czyli w miejscu narodzin Buddy. Uszy pieści mi cisza, czuję zapach kwiatów, w powietrzu fruwają motyle tak duże, że jeszcze takich nie widziałem… W Nepalu oficjalną religią jest hinduizm, ale to jednak oczy Buddy najczęściej na nas spoglądają – już przekraczając granicę czujemy na sobie jego nieruchomy wzrok. W świętych ogrodach Lumbini społeczności buddyjskie z całego świata mogą wybudować własną świątynię – zwiedzam między innymi austriacką i niemiecką. Ale starczy tej przyrody – czas ruszyć w drogę do stolicy kraju – Kathmandu. Niesamowicie gwarne miasto, ale to typowe dla tej części świata. Kwateruję się w historycznej dzielnicy Thamel, której ulice wyglądają jak wielki bazar. Oczywiście mnóstwo straganów z pamiątkami, uliczni sprzedawcy przekąsek, czyściciele butów i nawet uszu. Wieczorem sprzedawcy innych produktów, którzy wyłaniają się z ciemnych zaułków i szepczą do ucha nieco łamaną angielszczyzną: „want buy haszysz ?”
W Kathmandu biją serca dwóch religii – buddyzmu i hinduzimu. Największe wrażenie wywierają na mnie świątynie buddyjskie. Młynki modlitewne, sznury barwnych chorągiewek, w których każdy kolor to inna modlitwa. Zwiedzam najstarszą świątynię buddyjską – Stupę Swajambhunath. W świątyni hinduistycznej po raz kolejny jestem świadkiem kremacji zwłok na stosach pogrzebowych. Już bez takich emocji jak w Waranasi przyglądam się temu obrzędowi.
Najmilsze wspomnienie z Kathmandu to ujrzenie Kumari Dewi, czyli „Żyjącej Bogini”. Kilkuletnia dziewczynka, żyjąca za murami XIII wiecznego pałacu Kumari Bahal, traktowana jak Bogini – jest ubierana, myta, malowana, nic nie robi sama. Jest wcieleniem bogini Taledżu. Ma też obowiązki – modlitwa, spotkania z wiernymi… Bez specjalnej nadziei wchodziłem na dziedziniec pałacu, gdyż ponoć rzadko podchodzi do okna. Po kilku chwilach jednak niespodzianka – z okna patrzy na mnie około 6-cio letnia dziewczynka, ubrana w niezwykle bogaty i kolorowy strój, z kolczykami w uszach, makijażem wokół wielkich oczu. Pojawiła się na moment i już jej nie było. Nawet gdyby można było robić zdjęcia, to i tak nie zdążyłbym… ale to nic, jej zdjęcie pozostanie w mych wspomnieniach oraz na widokówce, którą kupiłem po wyjściu. Późniejszy los tych dziewczynek już nie jest taki królewski – wracają do normalnego życia w momencie, kiedy bogini „opuszcza” ciało dziewczynki, a dzieje się to w momencie pierwszej menstruacji. Jak się odnaleźć w zwykłym świecie po latach spędzonych w słodkiej niewoli ? Wiele z nich nie wychodzi za mąż, żyje samotnie… Jej widok traktuję jako dobrą wróżbę na przyszłość i ruszam dalej, kolejny przystanek to Pokhara, miasteczko u stóp masywu Annapurny. W końcu widzę Himalaje ! Niestety tylko przez moment, gdyż w tych dniach widoczność nie należy do najlepszych. Na szczęście w Nepalu trwa właśnie święto Diwali, zwane też Świętem Świateł. Wieczorami na ulicach płoną małe świeczki, w rytm orientalnej muzyki organizowane są pokazy tańców. Tańczą najczęściej dziewczynki, ale to chyba normalne J. Ja na dłużej zatrzymałem się przy tańczącej dziewczynce z nepalskiego domu dziecka, przepięknej w swej orientalnej urodzie. To już ostatni wieczór w Nepalu, czas wracać do domu…
tekst i zdjęcia Paweł Łada
I znów naszą Grupą poszliśmy w miasto. Miejsca znane i oklepane ale każdy próbuje spojrzeć , ująć inaczej niż zwykle i po swojemu. Na samo Wzgórze już teraz jest za późno … zamykane o 17 nie pozwala fotografować w nocnej scenerii, trzeba wrócić w grudniu …
… dziś Kraków tak ładnie nie wygląda – pada deszcz i nie widać już śniegu
Zapraszam na nasze zdjęcia
Kolejne wyjście w dość okrojonym składzie , ale za to w pełni zimowo
Nowy Rok , nowe postanowienia , nowe wyzwania , nowe pomysły
kto wie co przyniesie …
Oto zdjęcia z naszego pierwszego wspólnego wyjścia w tym roku .
To był ostatni nasz plener w 2011 roku . Wspólnie popołudniową porą wybraliśmy się w gościnę na wieżę kościoła św. Józefa. Pogoda i humory jak zawsze dopisały.
Dzięki Grzesiek!
Widoki z wieży
Widoki w środku