01.15
Nowy Rok , nowe postanowienia , nowe wyzwania , nowe pomysły
kto wie co przyniesie …
Oto zdjęcia z naszego pierwszego wspólnego wyjścia w tym roku .
Nowy Rok , nowe postanowienia , nowe wyzwania , nowe pomysły
kto wie co przyniesie …
Oto zdjęcia z naszego pierwszego wspólnego wyjścia w tym roku .
To był ostatni nasz plener w 2011 roku . Wspólnie popołudniową porą wybraliśmy się w gościnę na wieżę kościoła św. Józefa. Pogoda i humory jak zawsze dopisały.
Dzięki Grzesiek!
Widoki z wieży
Widoki w środku
ps. Masy prezentów też życzymy!
Miło poinformować, że od 9 grudnia 2011 r. do 9 stycznia 2012 r. w Galerii Fotograficznej B&B w Bielsku-Białej można oglądać wystawę fotograficzną będącą wynikiem warsztatów prowadzonych w maju przez Stefana Bremera. Wiedza którą przekazał Stefan jest bezcenna, równie istotne była możliwość międzynarodowej wymiany doświadczeń, ponieważ w warsztatach uczestniczyli również studenci z Finlandii. Warsztaty trwały 7 dni, w ciągu których, robiliśmy zdjęcia, oglądaliśmy oraz omawiali je. Autorzy zdjęć prezentowanych na wystawie: Michał Gwiazdonik, Borys Makary, Michał Wojtysiak, Kacper Stolorz, Maciej Gryzełko, Aapo Huhta, Jukka Ovaskainen, Maria Kallea, Heikki Kaski, Paula Sundell, Iwona Płonka, Jenni Holma, Aleksi Koski, Adrain Lach, Przemek Stanek, Stefan Bremer, Justus Kontiola, Joanna Jasińska, Santeri Sarkola.
A oto garść zdjęć z przygotowań oraz wernisażu wystawy.
Wystawa powarsztatowa
BIELSKO_BIAŁA 2011
grupowa wystawa po warsztatach
fotografii ulicznej ze Stefanem Bremerem z Finlandii
wernisaż i spotkanie z autorami
9 grudnia 2011 o godz. 18.00.
więcej tu http://www.baturo.art.pl/FCF/Aktualnosci/Entries/2011/11/22_Wystawa_powarsztatowa.html
Indie.
Dla jednych to trzecia gospodarka świata i gigantyczny rynek – 1 mld 200 mln ludzi. Dla innych bajkowe kino Bollywood z produkcją większą niż Hollywood. Jeszcze dla innych bogata historia i niesamowita kultura. Dla miłośników kulinariów – Indie to masala i wspaniała kuchnia, choć przyznaję, że mogąca sprawić pewnego rodzaju problemy. Inni wspomną o wszechogarniającym brudzie i olbrzymiej masie ludzi dosłownie na każdym kroku. I nikt z nich się nie myli – Indie to mieszanka wszystkiego powyższego i wielu innych rzeczy. Kolorowa mozaika przyprawiająca o zawrót głowy, atakująca przybysza dosłownie poprzez wszystkie zmysły – zapach, wzrok, słuch…
Kraj kontrastów. Na ulicach obok śpiących bezdomnych cicho przemyka Audi A8, w odór ludzkich / krowich / kozich / małpich odchodów wkrada się oszałamiający zapach przypraw i kwiatów, ciągły hałas klaksonów łamany jest dźwiękami muzyki. I ten kolor tętniącej życiem ulicy, gdzie większość kobiet ubrana w tradycyjne kolorowe sari, z mnóstwem pierścionków dosłownie na każdym palcu sprawia, że nie wiadomo już w którą stronę się obrócić i na co spojrzeć z niekłamanym podziwem.
Kraj wielu religii. Indie nie wsławiły się wojnami na tle religijnym i krucjatami. Mamy więc dzisiaj istną mozaikę – oczywiście hinduizm, ale jest też sikhizm, buddyzm, dżinizm, islam… Religia w Indiach zajmuje wyjątkowe miejsce, myśl religijna jest tak bogata, zróżnicowanie kultów w obrębie nawet jednej religii tak duże, że dla przybysza początkowo wydaje się zupełnie niezrozumiałe. Religijność indyjska jest żywiołowa i pełna ekspresji.
I oczywiście architektura. Forty i pałace budowane przez panujących Wielkich Mogołów, meczety, świątynie hinduistyczne… również grobowce i ten najbardziej znany – Tadż Mahal, który powstał po śmierci ukochanej żony panującego Szach Dżachana. Paradoksalnie Tadż Mahal, mimo, że wybudowany przez władcę wiernemu islamowi, to obecnie ikona hinduistycznych Indii. Ale warto zobaczyć również i inne miejsca. Święte miasto Sikhów – Amritsar i znajdująca się tam Złota Świątynia. Położona na środku Jeziora Nieśmiertelności, w którym Sikhowie dokonują rytualnej kąpieli. Opuszczone miasto Fatehpur Sikri, Jaipur, Agra. No i koniecznie Waranasi, najświętsze miasto hinduistyczne, święta rzeka Ganges i płonące 24 godziny na dobę stosy pogrzebowe. To, czego tam jesteśmy świadkami to sama esencja hinduizmu i Indii – kremacja zmarłych nad brzegiem Gangesu i powierzanie prochów Bogini Gandze – robi piorunujące wrażenie. Szkoda tylko, że ten Ganges tak niesamowicie brudny – niesie ze sobą mnóstwo śmieci, ciał zwierząt i zapewne ludzkich też, choć tych nie wiedziałem. Ale to nie przeszkadza w codziennych kąpielach – przecież to święta rzeka. W Waranasi nigdy nie było żadnej epidemii… tak czy owak po stwierdzeniu, że na palcu nie mam żadnych skaleczeń i ja zanurzyłem go w mętnych wodach Gangesu. A co, raz się żyje.
Z Waranasi kieruję się już ku granicy z Nepalem, gdzie chcę zobaczyć miejsce urodzenia Buddy i zatrzymać się na dłużej w Kathmandu. Ale o tym już następnym razem.
tekst i zdjęcia Paweł Łada
Czas się ruszyć… sezon zimowy rozpocząć!
Sobota g.18.00 Rynek pod Empikiem …
Troszkę miasta, mgły, planty … a jak damy radę to dotrzemy może nad Wisłę w okolice Kładki i holenderskiej barki, na którą już się przymierzaliśmy. (plan jest modyfikowalny-dobre propozycje mile widziane)
Na koniec gdzieś siądziemy (może Drukarnia) na jakiś browarek to tak w zamian cyklicznych spotkań w pauzie … które już się raczej nie wrócą…
Kilka dni spędzonych z kumplami jest bezcenne, przecież nic nie zastąpi długich męskich rozmów. Okazja była ku temu idealna – nasz tegoroczny rejs po lekkich perturbacjach doszedł do skutku. Dream team w składzie nasi kapitanowie: Jacek i Rysiek oraz w charakterze majtków: Paweł i Przemek dał radę. Nasz dom na te kilka dni to jacht Tango, i do dyspozycji cały zalew Soliński. Pogoda udała się idealnie, czyli wiało. Przygodę zaczęliśmy dla mnie o nieziemskiej porze – wyjazdem z Krakowa o 2.30 w nocy. Właściwie po co było się kłaść? Ale chcieliśmy znaleźć się nad Soliną ok. 7 rano, więc podjęliśmy to wyzwanie. I dodam, wyzwanie zakończone sukcesem. Wczesna pora pozwoliła nam nacieszyć oczy Soliną spowitą mgłą. Zapowiadało się wspaniale. Tym bardziej, że wrzesień nie jest typowym miesiącem urlopowym, więc tłoku na wodzie nie było. Nie nudziliśmy się, dla zabicia czasu kapitanowie zatroszczyli się o naukę wiązania węzłów marynarskich. Okazało się to wielkim wyzwaniem dla majtków. Za to ze sprawną obsługa foka daliśmy sobie radę.
Niesamowite nad Soliną jest to, że można spędzić urlop w Polańczyku w gwarze, przy densowych bitach i ogniach sztucznych, lub w zupełnej samotności i ciszy, co oczywiście wybraliśmy. Spędziliśmy kilka dni w ciszy i spokoju, popływaliśmy, chłopaki podchodzili jelenie, Paweł łowił ryby, grzaliśmy się w słońcu. Było wspaniale, oczywiście dzięki naszym kapitanom.
Na zakończenie czekało mnie mycie pokładu… taki już los majtka.
Ps. Powrót do rzeczywistości był dość brutalny, ośmiogodzinna podróż do Krakowa z widokiem przez przednią szybę na falujące na wietrze chlapacze jadącego przed nami tira. Tiry na tory! Prawda Rychu?